poniedziałek, 21 stycznia 2013

bardzo dużo lodu



Fu, pogoda wstrętna u mnie :c Wychodzę sobie z domu zawinięta w bluzkę, sweter, bluzę i kurtkę, z kapturem na głowie i kominem, patrzę, a tu z nieba kapie jakimś syfem. Ni do deszcz, ni to śnieg (mamusiu, jak podobne do mnie o_o), w każdym razie niewiadomoco. Plus wiaterek. A jako że jestem człowiekiem, który woli lato od zimy i często marznie, nie było mi zbyt przyjemnie. Robiłam dobrą minę do złej gry, no i w drodze powrotnej miałam ubaw, bo zrobiła się jakby gołoledź i to małe syfiostwo co spadło z nieba momentalnie zamarzło. :D *tutaj Agusza ślizga się jak małe dziecko* Aż szkoda, że wracałam sama. (sama ._.)

 A byłam na jazzie. Spóźniłam się i ledwo zdążyłam porządnie rozgrzać, wpadłam w zasadzie na końcówkę rozgrzewki. Ależ musiałam dziś ze sobą walczyć! Idąc na zajęcia obiecałam sobie, że będę się starać i ustalałam to nawet po części z Tym z Góry. Nie da się w końcu nic osiągnąć bez samozaparcia i nieustannych prób. A ja postawiłam sobie za cel, że przynajmniej choć trochę nauczę się tańczyć. Aktualnie jestem raczej najgorsza z grupy (jestem jedyną osobą idącą od zera z tańcem, chlip chlip), która podchodzi pod średnio zaawansowaną, a nie początkującą, no ale było bardzo tanio a zależy mi na oszczędzaniu kasy. A to, że jestem słaba i to widać, jest kolejnym silnikiem, który zapala się we mnie i ROZKAZUJE mi, żebym udowodniła coś sobie (i innym chyba też). Moja walka jest dosyć symboliczna. Nie muszę przygotować choreografii ucząc się od zera (na dwa tygodnie przed pokazem), tak jak to się odbywa w filmach. Pokonuję raczej własną nieśmiałość, uczę się nie dbać o to, co pomyślą inni ludzie (w tym wypadku dziewczyny z grupy). Czasem pękam, siadam, nie tańczę, rezygnuję, załamuję się bleble ble. Dlaczego? Nie lubię, gdy patrzą się na mnie ludzie, gdy tam SĄ ludzie, którzy patrzą i oceniają, analizują każdy mój błąd. I chociaż wiem, że pewnie tego nie robią (wolą zająć się sobą), to blokuje mnie moje alter ego, podły duszek siedzący w mojej głowie, który powtarza "będą się śmiać, już na pewno gadały o tym, że tylko zajmujesz tam miejsce...szur szur szur". A gdy na przykład usiądę i powiem, że lepiej sobie odpuszczę taniec w mniejszej grupce i siedzę dalej nawet mimo namawiania (tańcz, tańcz), to na odmianę słyszę "teraz pewnie myślą, że ci się nie chce, że jesteś leniwa, że po co w ogóle tu przychodzisz... szur szur szur". I wtedy spojrzenia, które przez postronnego są uznawane za obojętne, dla mnie stają się szydercze, lub po prostu nacechowane negatywnie. W ten sposób zamykam się na ludzi, nie gadam z większością dziewczyn. I to właśnie muszę zwalczyć, pomijając znikome umiejętności taneczne.

A co do dzisiaj... Choreografia dla mnie trudna, w zasadzie, kiedy usłyszałam hasło 'no to dzisiaj może choreografia', myślałam, że mnie wbije. Jeszcze jak dowiedziałam się, o którą dokładnie chodzi... ale ZGASIŁAM to i starałam się tańczyć. I udawało się! Nieudolnie powtarzałam poszczególne kroki, ale próbowałam się nie przejmować i robić to dobrze. Oczywiście, nie wyszło mi profesjonalnie, ale niektóre kroki wychodzą mi naprawdę ładnie. :D Gdybym tylko miała tam więcej miejsca i gdyby sala była pusta, tylko dla mnie i instruktorki (miła studentka), nauczyłabym się tego bardziej perfekcyjnie i na pewno szybciej. Ale i ta byłam z siebie dumna i nawet zostałam POCHWALONA.

Warto.

niedziela, 20 stycznia 2013

Only worth living if somebody is loving you.

Ktoś mnie kocha, ja to wiem!
Jutro tańce i zakładanie konta w największej (chyba) bibliotece w mieście. Tyyyle książek. *__*
Wpadłam, żeby coś ruszyć i się zmobilizować, ale POJAWIAM SIĘ I ZNIKAM, gdyż trzeba jak najmniej czasu marnować przy laptopie.
Jutro będę próbowała na tańcach choć trochę sobie radzić. Będzie ciężko max, bo chyba nikt nie lubi być najgorszy.
Ale chcę do czegoś dojść i tego się trzymam. Chociaż się postaram i spróbuję, a co z tego wyniknie to zobaczymy.

carry on!

wtorek, 15 stycznia 2013

Can you paint with the colours of the wind?

Właśnie, potrafisz? Ja już trochę zapomniałam, jak to się odbywa. Dawno nie byłam małym bobosem, nie martwiącym się o nic. I trochę zapomniałam, że choć teraz muszę się o różne sprawy martwić, powinnam pozostać małym dzieckiem. Coraz to mądrzejszym, lecz wciąż małym.
Nie będę się rozpisywać o sobie. (i tak będę) Powiem tylko, że jestem malutkim człowiekiem, gdzieś, w świecie. Myślę i obserwuję. Co obserwuję? - innych ludzi, naturę, brudne osiedla, siebie. I szukam piękna w tym wszystkim, jak chyba każdy. Szukam nadziei i szczęścia, szaleństwa miłości, samej miłości, wiary. W sumie, normalna jestem. Może i ciężko ze mną wytrzymać (khekhe, wysokie wymagania), ale lubię ludzi. Boję się trochę odpowiedzialności, ale lubię poznawać i trwać. Nudzą mi się różne rzeczy - na pewno pisanie blogów, pamiętników, czytanie, gra na flecie - ale nie ludzie. Mimo tego, że mnie rozczarowują często, że ja rozczarowuję ich, że mnie nie rozumieją, że jestem dla nich dziwna i jakaś niepojęta, lub po prostu głupia, niewarta uwagi. Pisząc to zaczęłam się nawet bać, że mogę ich nie lubić, ale lubię, bo są TACY SAMI jak ja.  : )

Będę tu pisać mnóstwo bzdur, wynurzeń mniej i bardziej filozoficznych, wrzucać zdjęcia, muzykę. Będę pisać o swoich postępach w uweselaniu się i w tańcu (uczęszczam na tanie zajęcia z jazzu od końca listopada mniej więcej). I może jeszcze będę wspominać, jak było kiedyś i co mogłam zrobić lepiej, inaczej. (czyli przynudzanie i walenie smutów, regularnie) Ale przede wszystkim, chcę się dzielić tym, co mam w głowie, a sporo tego się nazbierało. 

:)

Ach, no tak. Midori znaczy zielony (z japońskiego). Day - chyba wiadomo.

trzymajcie się, ziemianie.
a to, że zapewne mało ludziow będzie to czytać - cóż tam.
to tylko mały kawałek internetu, jakby nie patrzeć.